„451° Fahrenheita” Ray Bradbury

Po niebie latają odrzutowce z głowicami atomowymi, ludzie spędzają czas przed telewizyjnymi ścianami, a strażacy - zamiast gasić - wzniecają pożary. Najchętniej palą książki... do tego są zostali powołani. 451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której zaczyna palić się papier. Najsłynniejsza powieść Raya Bradbury`ego, pięćdziesiąt pięć lat od pierwszego wydania, wciąż szokuje i wzbudza pozytywne emocje. Kiedyś odbierana jako głos przeciwko totalitaryzmowi teraz ukazuje drugie dno i zmusza do namysłu nad losem cywilizacji.


(źródło: matras.pl)

Nie będzie przesadą jeśli powiem, że wielu czytelników to esteci. Popadają w euforię, gdy widzą pięknie wydaną książkę, z wielkim entuzjazmem poszukują dla niej miejsca na swojej półce, a gdy ktoś zaczyna niedbale przerzucać kolejne strony ich ulubionej powieści to ogarnia ich przerażenie. Traktują książki niczym eksponaty muzealne – nie wolno ich dotykać, można jedynie spoglądać na nie z oddali. Nie chcę powiedzieć, że to wszystko jest złe, a ludzie czczący książki niczym bóstwa zatracili kontakt z rzeczywistością, bo i mnie serce potrafi szybciej zabić na widok pięknie wydanego wznowienia klasyki, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tym szacunku dla okładek i pogoni za pięknem wielu z nas gubi prawdziwy sens istnienia książek. Zaczynamy zapominać, że pod zewnętrzną powłoką i stronami zadrukowanymi czarnym tuszem tkwią historie, które chcą żyć. I to właśnie one powinny być chronione przed zniszczeniem i zapomnieniem, a nie przedmioty, które je przechowują.

Nie należy sądzić książki po obwolucie.

Z tego stosu przemyśleń wyłania się świat, w którym krzyżują się drogi Klarysy i Guy’a – dziewczyny zadającej pytania i mężczyzny poszukującego odpowiedzi. Ich naznaczone blaskiem księżyca spotkanie jest kostką domina, która zostaje przewrócona w momencie, gdy z ust Klarysy pada pytanie o szczęście, a na twarzy Guy’a pojawia się wyraz konsternacji. Od tego momentu ziemia, po której stąpa strażak staje się grząskim gruntem, który kryje w sobie tyle samo tajemnic, co pułapek. Każdy kolejny krok, który stawia i każda decyzja, którą podejmuje nieuchronnie przybliżają go do złamania reguł rządzących jego światem. Światem, w którym książki płoną na stosach, a strażacy są barbarzyńcami stojącymi na straży powszechnej przyjemności i równości.

Chociaż wiem, że nazywanie tej historii piękną byłoby zadaniem kłamu opisanej w niej rzeczywistości to nie potrafię wyrzucić z głowy tego określenia. Dlaczego? Bo 451 stopni Fahrenheita urzeka językiem – prostym, ale niepozbawionym poetyki i subtelnych metafor, które przywołują na myśl Vladimira Nabokova. Odzwierciedlają one plątaninę myśli głównego bohatera, podkreślają ulotność i nietrwałość książek, ale przede wszystkim potęgują w czytelniku przekonanie, że opisane zdarzenia nie stanowią jedynie odległej przyszłości. Świat przedstawiony przez Bradbury’ego zdaje się być kalką naszej rzeczywistości – ulepszoną o domy, których ściany można zastępować ekranami zapewniającymi rozrywkę przez całą dobę. Co ważniejsze, nie znajdziemy tutaj głównego antagonisty, któremu moglibyśmy zarzucić manipulacje i zniewolenie społeczeństwa. Na nic zdadzą się też poszukiwania winnego wśród strażaków, w systemie czy też w ideologii, bo odpowiedzialność za upadek kultury ponosi cała ludzkość – ci, którzy chcieli podążać ścieżkami pozbawionymi zakrętów i wzniesień, ci, którzy marzyli o unifikacji społeczeństwa i ci, którzy myśleli, że przed życiem można uciec.

Gdy człowiek ciągle pyta "dlaczego" i "dlaczego", w końcu staje się bardzo nieszczęśliwy.

Z bohaterami tej powieści nie sposób się zaprzyjaźnić – przypominają oni marionetki wprawiane w ruch przez sprytnego kuglarza, który prowadzi grę nie tylko z widzami, ale też z samymi kukiełkami. Z ich ust płyną potoki słów pozbawione znaczenia, ale czasami, niby od niechcenia, zadają pytania, które elektryzują i zmuszają do zatrzymania się. Po co czytać o ludziach, którzy nigdy nie żyli? Jaki jest sens istnienia książek, skoro treść jednych kłóci się z tym, co przekazują inne? Czy w świecie pełnym zła warto zadawać sobie dodatkowe cierpienie smutnymi wierszami? Ten, kto szuka odpowiedzi, znajdzie je, jednak błędem jest przekonanie, że zostaną one podane w sposób prosty i jednoznaczny. Ray Bradbury pozwala czytelnikom wejść w skórę głównego bohatera i poczuć, czym jest prawdziwe zagubienie w świecie, w którym nikt nie trudzi się zadawaniem sobie niewygodnych pytań.

Rzeczywistość wykreowana przez Bradbury’ego wywołała we mnie nie tylko lęk i przerażenie, ale też poczucie beznadziei, które nie chciało mnie opuścić przez dłuższy czas. Kiedy zaczęłam porównywać teraźniejszość z wizją pisarza dotarło do mnie, że to, co kiedyś było jedynie ponurą przepowiednią, stanowi naszą codzienność. Nie czytamy lektur szkolnych, bo to relikty przeszłości, które już dawno uległy dezaktualizacji. Wolimy zastępować je streszczeniami i opracowaniami, o czym lubimy opowiadać wszystkim, którzy tylko chcą nas słuchać. Nie znajdujemy czasu na teatr, wystawę czy spotkanie z przyjaciółmi, ale potrafimy godzinami bezrefleksyjnie poruszać palcem po ekranie smartfona albo oglądać wyreżyserowane programy telewizyjne. Jeśli już zdarza nam się sięgnąć po książkę to jest to pozycja czysto rozrywkowa, o której zapomnimy po kilku godzinach lub dniach. Uważamy, że równość wszystkich ludzi to podstawa cywilizowanego świata, więc równamy ku dołowi dbając, aby nie urazić czyichś uczuć.

Ci, co nie budują, muszą burzyć.

Czytam książki nie od dziś, ale w dalszym ciągu nie potrafię wyjść z podziwu dla pisarzy takich jak George Orwell czy Ray Bradbury, których przenikliwość, zmysł obserwacji i wizjonerstwo pozwoliły na stworzenie światów zbudowanych z naszych lęków i aspiracji. Autor 451 stopni Fahrenheita wyprzedził nie tylko swoją epokę, ale też innych podobnych mu pisarzy, bo powołując do życia prostych i karykaturalnych bohaterów, kreując rzeczywistość podobną do naszej, a przede wszystkim rezygnując z marzeń o gwałtownym postępie naukowym pozwolił swojej powieści stać się uniwersalną metaforą, która nigdy nie straci na aktualności. Można ją odczytywać jako manifest człowieka znającego prawdziwą wartość książek. Nic nie stoi na przeszkodzie potraktowaniu jej jako diagnozy naszego społeczeństwa, które stawia kulturę masową ponad kulturą wysoką. Niewątpliwie jest to też przestroga przed hedonistycznym stylem życia. Dla mnie najważniejsze jest jednak pytanie, które zrodziło się w mojej głowie w czasie czytania. Czy nasz świat różni się jeszcze od tego przedstawionego w powieści?

8/10

4 komentarze:

  1. Od dawna chcę przeczytać tę książkę, bo inne z tego nurtu wprost uwielbiam, szczególnie Orwella, a po twojej recenzji to już po prostu muszę to zrobić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorąco Ci ją polecam! Odbiera się ją całkowicie inaczej niż książki Orwella, ale myślę, że nie będziesz żałowała spotkania z twórczością Bradbury’ego.

      Usuń
  2. Oj, ale cudownie czytało mi się tę recenzję! Naprawdę cieszę się, że tak Cię zachwyciła książka Bradbury'ego i dałaś tego wyraz w świetnym tekście. Jeśli jesteś na etapie zachwycania się autorem, to polecam "Kroniki marsjańskie" ;).
    Co do "ponurej przepowiedni" to nie do końca prawda. Bradbury opisał to, co w jego czasach działo się w Stanach. Amerykańska prawica paliła literaturę "nieprawomyślną", więc ten wątek jest niestety mocno zakorzeniony w rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! :) Na pewno przeczytam "Kroniki marsjańskie", ale lubię sobie robić przerwy pomiędzy książkami tych samych autorów, więc na razie muszą poczekać.
      Dzięki za poprawienie mnie. :) Nie zagłębiałam się w genezę książki (a powinnam, bo z reguły to robię) i przez to odnosiłam ją głównie do lęku przed zbrojeniami atomowymi.

      Usuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.