"Utracony dar słonej krwi", Alistair MacLeod

Alistair MacLeod, jeden z najwybitniejszych kanadyjskich prozaików XX wieku, z rzadko spotykanym kunsztem, mądrością i ciepłem opisuje życie rybaków i górników z Nowej Szkocji i Nowej Fundlandii. Polscy czytelnicy znajdą w jego prozie to wszystko, za co pokochali powieści jego rodaka Michaela Crummeya: obrazy surowej, olśniewającej przyrody, bohaterów twardych, zawziętych, lecz na swój sposób romantycznych, opis piękna i trudów życia rodzinnego, a także zaskakująco delikatny mikrokosmos odciętych od świata osad rybackich.

(źródło: wiatrodmorza.com)

Tak, jak stoi w opisie od wydawcy: kto kocha prozę Crummeya, pokocha MacLeoda. Michael Crummey, pisarz i poeta z Nowej Fundlandii, mistrzowsko opowiada historie i legendy ze swojej rodzinnej wyspy. Niestety, napisał na razie tylko czteryjego powieści, wydane w Polsce przez wydawnictwo Wiatr od morza, o którym wspominałam tutaj. Wszystkie cztery przeczytałam i tęsknie spoglądam na północny zachód z oczekiwaniem na kolejne. By nieco ulżyć tęsknocie, mojej i innych wielbicieli autora „Dostatku”, Wiatr od morza wydał zbiór opowiadań innego nowofundlandczyka, Alistaira MacLeoda, który również czerpie inspiracje z historii swojej wyspy. Te misterne opowiadania są równie autentyczne, jak ustne przekazy ludzi, którzy żyli, a raczej walczyli o przetrwanie, na tej trudnej ziemi.
„Utracony dar słonej krwi” to nie jest jednak po prostu zbiór lokalnych podań zgromadzonych w jednym miejscu przez autora. To napisane z ogromną dyscypliną literacką opowiadania, których bohaterowie mają wyraziste charaktery a akcja przypomina najlepsze kryminalne powieści. Bo w opowiadaniach MacLeoda dochodzi do zbrodni; zbrodni braku zrozumienia dla uczuć najbliższej osoby, zbrodni odejścia, zbrodni milczenia, mimo że ktoś, kogo kochamy potrzebuje pocieszenia. Tłem dla tych przestępstw i jednym ze współwinnych jest surowy klimat Nowej Fundlandii i Nowej Szkocji. Kto czytał „Rzekę złodziei” Michaela Crummeya, ten wie, jak wiele ofiar ma on na swoim sumieniu. Mimo to, i autor i czytelnik zachwycają się okrutną, ale piękną przyrodą.

„Szare, ukośne strugi deszczu nadciągnęły znad morza i zaraz odeszły z całą nagłością właściwą pojawiającym się niespodziewanie maruderom. Wszystko przed i pod nimi zostało gwałtownie, błyskawicznie i gruntownie przemoczone, a tera przejrzyste kropelki nasiąkają słońcem i zatrzymują wyciąg światła w nieprzebranych barwach tęczy.”

To są opowiadania o tym, że to co kiedyś, chociaż było bezlitosne, trudne i żądne ofiar; chociaż ludzie byli zależni od przyrody, ginęli w kopalniach, tonęli podczas połowów albo umierali z głodu, kiedy sezon był nieudany; miało swoją wartość a to, co teraz jest tak szybkie i łatwe, prawie na wyciągnięcie ręki: nowoczesność, dostatek, uniezależnienie od sił natury, mimo że kusi i zwodzi, bywa tej wartości pozbawione. Ale i kiedyś i dziś, najbardziej bolesne są momenty, kiedy ktoś pozwala sobie na słabość okazania uczucia, na czuły gest. Bo trwa to zaledwie chwilę i albo zawstydza, albo okazuje się fałszywe.O tych trudnych relacjach międzyludzkich pisze MacLeod, za pretekst biorąc historie z codzienności swoich rodzinnych stron.

„Obrócili się bokiem do wiatru, stoją twarzami do siebie, chyląc się tak, że ich ramiona się stykają, jakby byli dwiema krokwiami na szczycie budynku. Ojciec obejmuje matkę w talii, a ona nie odsuwa jego rąk, tak jak to zawsze robi. Sięga natomiast w górę i wyjmuje koralowe grzebyki ze swoich bujnych włosów. Nigdy ich jeszcze nie widziałem całkiem rozpuszczonych a teraz rozwijają się niemal równolegle do ziemi. Ta połyskliwa czerń – smagana wiatrem, lśniąca niczym śnieg, który opada na nią i topnieje – otacza i ogarnia głowę ojca, a on wtula twarz w tę ciężką ciemność i przyciąga matkę bliżej.”

Każde z tych opowiadań mogłoby być początkiem świetnej powieści – z wartką akcją, wielowątkowej, pełną interesujących postaci drugoplanowych, które wyraźnie zaznaczają swoją obecność w życiu nie mniej ciekawych głównych bohaterów. Po każdym opowiadaniu – skrupulatnie rozplanowanym w stopniowaniu napięcia i rozwoju wypadków – pozostaje uczucie ukłucia w sercu i tęsknota. MacLeod bowiem tak opowiada o losach swoich rybaków, górników, ich żon, dzieci i zwierząt, przyjaciół i wrogów, że mimo iż nie znam ich trudnej doli z własnego doświadczenia, czuję się z nimi związana. Po tym, jak opowiadanie się kończy, zostają mi w głowie i zastanawiam się, jak toczą się ich losy. I chętnie poczytałabym o tym jeszcze, zanurzając się w życie nadmorskich wsi. MacLeod napisał jedną powieść, jeszcze nie przetłumaczoną na język polski „No Great Mischief”, którą w 2001r. nagrodzono dublińską nagrodą literacką, doceniając między innymi misterny dobór słów i kompozycję językową. Zatem - Wiatr od morza, czekam na powieść.

„Nawet dzisiaj zdarza mi się budzić o czwartej nad ranem z uczuciem okropnego strachu, że zaspałem; wyobrażam sobie, że ojciec czeka na mnie w pokoju pod ciemnymi schodami albo że mężczyźni w drodze na brzeg rzucają kamyczkami w moje okno, chuchając w dłonie i niecierpliwie potupując w zamarzniętą, niewzruszoną ziemię. Czasami zdążę prawie wygramolić się z łóżka, zacznę szperać i mamrotać w poszukiwaniu skarpetek i słów, zanim zdam sobie sprawę, że jestem absurdalnie samotny, że nikt nie czeka na dole, że żadna łódź nie podskakuje niecierpliwie na falach, przycumowana do pomostu.”

8/10

10 komentarzy:

  1. Opowiadania są dla mnie wielkim wyzwaniem, bo prawie zawsze czegoś mi w nich brakuje, ale wygląda na to, że tym razem mogłabym być naprawdę pozytywnie zaskoczona. Czyżby to był zbiór idealny? ;) Okazuje się, że każda Twoja recenzja zachęca mnie do czytania książek, których wcześniej w ogóle nie miałam w planach. ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. O ile kiedyś nie przepadałem za opowiadaniami, o tyle teraz sięgam po nie coraz chętniej. A "Utracony dar słonej krwi" po Twojej rekomendacji zapowiada się wyśmienicie. Rzadko się zdarza że opowiadania aż tak działają na czytelnika, że czuje to wspomniane "ukłucie w sercu" po ich zakończeniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Opowiadania w ogóle są traktowane po sierocemu trochę a to przecież wielka sztuka zmieścić tak wiele wydarzeń, bohaterów etc. w krótszym tekście i napisać go dobrze. Polecam MacLeoda, polecam!

      Usuń
    2. No właśnie, napisać go dobrze... niestety trudno zainteresować mnie opowiadaniami. Bardzo lubię "Siedem życzeń", ale poza tym niechętnie sięgam po opowiadania.

      Usuń
  3. Nie dość, że uwielbiam opowiadania to jeszcze jestem miłośniczką kryminałów. Podczas czytania recenzji czułam już przedsmak klimatu jaki może być obecny w książce i jest to dla mnie bardzo interesujący fakt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło to czytać. Starałam się oddać choć troszkę ducha tych opowiadań, bo są warte przeczytania. Polecam!

      Usuń
  4. W moim odczuciu pisanie opowiadań wymaga włożenia większego wysiłku niż przy tworzeniu powieści. Trzeba wszystko skondensować w tej krótkiej formie. Jeżeli to się uda, to z przyjemnością "pochłaniam" takie opowiadania. :)

    Po tak pozytywnej recenzji z chęcią sięgnę po tę książkę. Szczególnie, że twórczość Alice Munro mnie zachwyciła, więc to dobry znak dla opowiadań kolejnego pisarza z Kanady. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, tak! Alice uwielbiam. Chociaż trzeba ją sobie dawkować, bo jej opowiadania są bolesne.

      Usuń
  5. Tę książkę czyta się tak, jak gdyby odwiedziło się właśnie Nową Fundlandię i stało na skarpie patrząc na bezkres oceanu. I to prawda - MacLeod pozostawia czytelnika w tęsknocie za bohaterami i fabułą po każdym przeczytanym opowiadaniu, które zresztą mogłyby rozpoczynać dobre powieści i sprawiają, że nie sposób nie związać się z postaciami. Naprawdę wyjątkowa pozycja, więc przyłączamy się do poleceń. Świetna recenzja! :)

    OdpowiedzUsuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.