Dlaczego mam już dosyć romansów?

No cóż. Przyszło do tego, że jeden z moich ulubionych gatunków stał się jednym z najrzadziej wybieranych. Powiedziałabym nawet, że za nim nie przepadam. Dlaczego jednak romanse stały się dla mnie tak uciążliwe, że ostatecznie postanowiłam z nich zrezygnować? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta.

Zawsze byłam typem osoby raczej gburowatej. Ciężko było mnie zadowolić i chociaż już nauczyłam się być wyrozumiałą, moje wymagania w stosunku do ludzi, przedmiotów i wszelkiego rodzaju tworów pozostają wysokie. Dlaczego o tym piszę? Wydaje mi się, że po części jest to wina mnie samej. Ukończyłam szkołę, przerwałam studia, znalazłam dobrą, stałą pracę, za niedługo czeka mnie wyprowadzka z rodzinnego domu. Przez ostatnie kilka lat zmieniło się na tylko moje życie, ale też poglądy na niektóre sprawy. Między innymi na związek oraz relacje pomiędzy ludźmi.



Nie lubię romansów przez wyidealizowanych bohaterów. Bohaterowie romansów to zazwyczaj ludzie albo idealni, albo z wyraźnymi wadami. Nawet jeśli autor postanawia w jakiś sposób oszpecić bohatera (dla przykładu: milczący Archer z Bez słów Mii Sheridan lub poparzona Fallon z November 9 Colleen Hoover), pozostaje on tak, czy inaczej bardzo atrakcyjny lub przynajmniej był taki wcześniej. Co więcej, narrator próbuje (często z marnym skutkiem) przekonać czytelnika o wyjątkowości danej osoby. Dziewczyna x zachwyca się nad chłopakiem y, ale dlaczego...? Często nie znajdujemy odpowiedzi na to pytanie. Tak czy inaczej, dziewczyna zazwyczaj jest piękna, pewna siebie, utalentowana (lub odkryte  jest to w dalszej części książki), a chłopak przystojny, muskularny, wysportowany i z dużym przyrodzeniem. Tak na dokładkę.

Nie lubię romansów przez brak realizmu. Chłopak x poznaje dziewczynę y. Albo dzieje się to przypadkowo, albo ich spotkanie sprowokowane jest często przez chłopaka (czemu? może dziewczyny bywają w książkach mniejszymi intrygantkami, niż są w prawdziwym życiu, nie wiem). I nagle... BUM! Miłość od pierwszego wejrzenia! X jest zachwycony y (lub odwrotnie) i oczywiście w pierwszym momencie zachwyty dotyczą wyglądu. Wymieniają spojrzenia, po chwili są pewni, że to miłość na całe życie... a nawet się nie znają. Idziemy dalej: ich pierwszy stosunek (zazwyczaj jedna osoba jest niedoświadczona) jest nie-sa-mo-wi-ty! Orgazmy tworzą się i mnożą z prędkością światła. No, może kogoś rozczaruję, ale tak nie jest. Poznawanie się to nie tylko wesołe chwile. To proces pełen wyrzeczeń, często męczący oraz trudny.

Nie lubię romansów przez powielanie schematów. Ileż można pisać o jednym i tym samym? Jak widać, można. Autorzy czasami nawet nie silą się na własne pomysły. Nie starają się nawet zaskoczyć czytelnika. Można robić to w ten sposób, tak jak Birttainy C. Cherry, która swoim Kochając pana Danielsa przyprawiała mnie o zawrót głowy. Autorka wzięła wszystkie znane motywy z filmów, książek i wcisnęła je do swojej powieści. Najgorsze w schematach wcale nie jest ich obecność. Jeśli pisarz decyduje się na wykorzystanie schematu bad boy – zwykła dziewczyna (środowisko: uczelnia), powinien dołożyć od siebie coś więcej. Na przykład, tak jak w Układzie zrobiła to Elle Kennedy. Mimo schematów jej książka była dobra. Autorka uwiodła mnie swoim stylem i rozbawiła ciągle obecnym świetnym humorem. Można? Można.

Nie lubię romansów przez brak asertywności postaci. Nie wiem, dlaczego ale zawsze x zmienia się pod wpływem y. Ja na przykład pomimo czteroletniego związku ciągle nie umiem zaakceptować przyzwyczajeń swojego chłopaka i nieudolnie próbuję zmienić jego nawyki. Ale nie, w romansach para ma na siebie tak duży wpływ, że obydwoje zmieniają się o 180 stopni. Jakby byli pozbawieni asertywności i cech charakteru mimozami, które tylko czekały na urok tego przystojniaka zza krzaka (nie czuję, kiedy rymuję). Oczywiście wszystko dzieje się w przeciągu kilku dni, a czasami kilku (!) godzin (czytaj: Pułapka uczuć Colleen Hoover)! Jak bardzo pozbawionym własnego zdania trzeba być, żeby po poznaniu jakiejś osoby skupiać na niej całą swoją uwagę, ignorując swoje własne potrzeby?

Nie lubię romansów, bo są przepełnione seksem. Jeśli mam być szczera i bezpośrednia – lubię seks. Nie podoba mi się natomiast to, jak jest on przedstawiany w romansach. Zacznijmy od tego, że uczucie x i y zazwyczaj zaczyna się od: dotyku, pocałunku, seksu lub samego zachwytu dotyczącego jego/jej urody. W prawdziwym życiu zdarzają się związki, których początkiem był stosunek, ale dlaczego musi być to propagowane w tego typu książkach, często też w powieściach młodzieżowych? Miłość nie polega na cielesności, chociaż ta jest nieodłącznym jego elementem. Nie polega też na ładnej buzi, kształtnej pupie, czy wyraźnych kościach policzkowych. Nie polega na pewno też na marzeniu o penisie w sobie, tak jak robiła to Cassie w Złym Romeo Leisy Raiven. To uczucie nazywa się pożądaniem, nie miłością. Nawet jeśli dochodzi już o stosunku... dlaczego autorzy tak często nie potrafią tego napisać? Mówią o drągach, rozedrganych furtkach, cipuchach, pytonach... i rozpadaniu się na kawałki od tych wszystkich kijów na dodatek. Seks w romansach bywa albo obcesowy (słowa kurwa i rżnij mnie być może sprawdzają się w prawdziwym życiu, ale na papierze wypadają blado) albo zbyt idealny.

Nie lubię romansów ze względu na szczęśliwe zakończenia. Happily ever after... Takie zakończenie mnie nudzi, bez względu na to, jaka jest to książka. Ja oczekuję od książki fajerwerków, czegoś niesamowitego, czegoś wstrząsającego. Za dużo mam zwyczajności i radości chyba na co dzień. Dlaczego wszystkie romanse kończą się dobrze i w dodatku podobnie? Zauważyłam, że Colleen Hoover nawet się nie wysila i każdą powieść zakańcza identycznie, serio. Dlatego jak byłam młodsza lubiłam czytać romanse autorstwa Nicholasa Sparksa. Jego zakończenia mnie niszczyły, sprawiały, że nie mogłam opanować płaczu. I to sprawiało, że były wyjątkowe i niełatwo było o nich zapomnieć.


Jestem świadoma tego, że każdy szuka czegoś innego w książkach. Na pewno wiele osób sięga po romanse i nie ma nic przeciwko głupim zachowaniom bohaterów, ich wyidealizowanych wyglądom oraz przewidywalności i naiwności pewnych wydarzeń. Nie każdy szuka dreszczyku tak, jak ja.  Nie każdy oczekuje dobrego odwzorowania rzeczywistości w powieściach. Dlatego jestem już zmęczona i znużona wszystkimi romansami oraz tym, jak jest przedstawiana w nich miłość. Nie mówię całkowicie nie temu gatunkowi. Jest jeszcze kilka tytułów, które mimo wszystko mnie interesują. Ale na pewno nie będę sięgać po nie często i skazywać się na podwyższenie ciśnienia.

Być może jest to kwestia tego, że żyję w innej rzeczywistości? Mój związek, jak bardzo udany by nie był, rzadko przypomina te z powieści. Ale jest prawdziwy, i chyba to jest najważniejsze. Mam nadzieję, że nie przeszkadzała Wam ta odrobina prywaty. Chcąc nie chcąc musiałam poruszyć ten temat. W końcu jedna książka może być odebrana na wiele sposób, głównie ze względu na osobiste doświadczenia czytelnika.

Lubicie romanse, czy trzymacie się od nich z daleka? Być może jest inny gatunek, którego nie potraficie znieść? Gatunek, który kiedyś należał do Waszych ulubionych?

***

18 komentarzy:

  1. Ja od czasu do czasu czytam romanse. Pozwalają mi się oderwać od rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi ostatnio zdarza się to częściej niż rzadko. ;)

      Usuń
  2. Rzeczywiście kurwy często wyrażają więcej niż tysiąc słów, jednak najczęściej w romansach pasują do fabuły jak wół do karety. Sama czytam teraz prawie wyłącznie fantasy i też zaczynam się już ciut nudzić, całe szczęście, że to gatunek, z którego autorzy potrafią sporo wycisnąć i nie kończy się na trójkątach miłosnych i nudnych bohaterkach :D
    Pozdrawiam ciepło! :)
    Kasia z Recenzje Kasi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyidealizowani bohaterzy to norma w romansach. Zawsze, ale to zawsze przedstawiani są jako piękność. Oczywiście bohaterka ma kształty jak żadna inna, ''urocze piegi, mały nosek, słodkie usta, duże oczy'' itd. Chyba nie spotkałam się jeszcze z tym, aby np. była chociaż przeciętna, miała małe piersi, czy była pulchniejsza. Bohater natomiast zawsze ma sześciopak, jest umięśniony, ''duże przyrodzenie'' i co drugi ma dołeczki. Tak sobie myślę, że gdyby któryś autor w tych książkach przedstawił bohatera z kompleksami, z niedoskonałościami i napisał mądrze, że mimo to da się znaleźć miłość i się pokochać, pomogłoby to wielu osobom a sama historia byłaby realniejsza. Ale po co? Bohaterzy to wiecznie najpiękniejsi i najzdolniejsi z miasta.
    Brak realności - o tak, zawsze po pierwszym spojrzeniu, oni dosłownie wpadają w jakiś amok. Dobrze napisałaś - tak nie jest. Czemu znajomość bohaterów nie może zacząć się na przykład tak, że nie podobają się sobie, tylko od razu muszą wpadać sobie w oko? No i seks. To jest dramat. Nie spotkałam książki, żeby czasem ''naturalnie'' któryś z bohaterów nie miał orgazmu. Jeszcze facet - spoko, wiadomo. Ale dziewczyna? Orgazmu trzeba się nauczyć na litość boską. W rzeczywistości nawet połowa kobiet mimo bardzo długiego stażu w uprawianiu seksu, nie miała orgazmu. Już nie wspominając o pierwszym razie. Ale nie, bohaterki zawsze mają orgazm podczas pierwszego razu, a potem nawet po kilka. Chciałabym książkę, która zobrazowała by prawdziwy stosunek, nie wyidealizowany niczym z Greya.
    Schematy natomiast aż tak bardzo mi nie przeszkadzają, dopóki autor dobrze pisze i mimo to mnie zaciekawi.
    Brak asertywności - zaraz za seksem to najgorsza wada romansów. Jak, pytam jak bohater, który był taki i taki przez całe życie, nagle dla jeden (warto wspomnieć, że dopiero co poznanej) dziewczyny, zmienia wszystkie swoje przyzwyczajenia i dotychczasowe życie? Dlaczego autorzy to robią, skoro tak naprawdę większości się zmienić nie da.
    Szczęśliwe zakończenia to też dramat. Dajmy na to, cała książka wręcz aż ocieka bólem i cierpieniem. Bohaterzy mocno o siebie walczą, ciągle mają coś na przeszkodzie. Po prostu przez te 400 stron jest ciągle pod górkę. Aż tu nagle zwrot o 180 stopni, zakończenie i wszystko pięknie, żadnego problemu, a nawet najgorsi wrogowie drugoplanowi są w tym kręgu miłości szczęśliwy. Jestem na nie. Skoro tyle się działo to niech zakończenie też będzie trudne, nie radosne, bo świat tak nie działa.
    Uwielbiam romanse i mimo tych narzekań tutaj nie przestanę ich czytać, ale fakt jest taki, że są bardzo odrealnione.
    P.S. Wybacz za tak długi komentarz, ale chyba miałam ochotę na coś ponarzekać a nie mam w domu się za co przyczepić :D.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam nic przeciwko rozpisywaniu się, wręcz przeciwnie! Sama nic do dodania do Twojego komentarza nie mam, bo zgadzam się w 100% :)

      Usuń
  4. Dobrze wiesz, że się z Tobą zgadzam. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Wymieniłaś właśnie wszystkie powody przez które nigdy nie lubiłam romansów i dlatego ich nie czytam z zasady od wielu lat. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak bardzo w punkt. Za romansem niegdyś szalałam - teraz? Od dawna nie czytam i nawet szybko skreślam, jedynie do Hoover mam tam jakiś sentyment i nawet ,,Confess'' zamierzam przeczyć, choć pewnie nie będzie to coś łamiącego wszelkie schematy romansu. Największy problem z romansami mam na płaszczyźnie przewidywalności i tej powtarzalności - ile razy musi być napomnienie o cudownych oczach bohatera, czy idealnych mięśniach. Gdzie coś takiego ma się do rzeczywistości? Już mogę nawet znieść ten słabo opisany stosunek płciowy czy szczęśliwe zakończenia - ale ludzie! - dajcie mi w końcu środek godny uwagi; coś z akcją, a nie książka opierająca się na ,,Kocham ją, ona mnie nie''. Pozdrawiam, Wielopasja

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z tobą dużo romansów jest strasznie do siebie podobnych ten sam schemat i to strasznie zniechęca do czytania, ale przyznam szczerze lubię czasem sięgnąć po tani romass :)
    Pozdrawiam i serdecznie zapraszam do siebie http://bibliotekatajemnic.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie lubiłam romansów i nie zamierzam zmieniać swoich przyzwyczajeń. :) Głównie dlatego, że wolę "szybkie" gatunki, w których przede wszystkim jest żywa akcja albo bogaty świat przedstawiony, a sam obyczajówki czytam dość rzadko - właściwie tylko wtedy, gdy są albo oparte na faktach albo poruszają ważny problem społeczny, albo są autorstwa mojego ulubionego autora (np. M. Quick).
    W zasadzie to wymazałabym (gdybym była w stanie) tematykę romansu z książek, bo: własnie zwalniają akcję - jak się bohater zachwyca drugą osobą to raczej nic w tym czasie sensownego nie robi; sprawiają, że bohaterowie stają irytujący (zachowując się jak koty w rui); no i też to, co wspomniałaś - każdy taki wątek wygląda tak samo (można pominąć imiona bohaterów a opis ich związku będzie pasował do 90% książek).

    OdpowiedzUsuń
  9. Hmm, Wszystkie poruszone przez ciebie aspekty potrafię dostrzec w romansach, ale jakoś mnie to nie odtrąca. Podobają mi się. Przynajmniej wiem jak wszystko się skończy, i mogę przerwać książkę i porzucić ją dla innych obowiązków. Dla mnie to jest ważne, bo nie mam zbyt dużo czasu. Wiem, że opisane wydarzenia to fikcja odległa od rzeczywistości, ale chyba tego właśnie mi potrzeba. Więc czytam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj ja też miewam czasami dosyć tych idealnych bohaterów, idealnego seksu, czy happy endów, ale mimo to ciągle wracam do tego typu książek, bo są po prostu dobrą rozrywką. Jeśli chodzi o opisywanie spraw seksualnych, to niestety nasz język nie pozostawia wielkiego pola manewru. Nie mamy ,,dobrych" określeń - głównie są to określenia wulgarne. Zgadzam się z Twoimi zarzutami. Nawet nie policzę ile razy nadziałam się na tak głupią książkę, że szkoda mi było czasu, jednak musiałam przebrnąć, ale trafiają się perełki np. wspomniany przez Ciebie ,,Układ"

    OdpowiedzUsuń
  11. Trzymam się od nich z daleka, z tego względu, że właśnie szukam w książkach czegoś innego. Przeczytałam w życiu kilka, ale zdecydowanie bardziej wolę, kiedy jest wątek poboczny, a sama historia jest o czymś zupełnie innym co mnie ciekawi :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Zgadzam się z Tobą w 100%, jednak mam do romansów ogromny sentyment i nie umiem z nich zrezygnować :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie jestem fanką romansów, ale od czasu do czasu lubię poczytać, jeśli jest pięknie napisany. Np. ostatnio zaczytywałam się w romansach Amy Harmon. Lubię też te staroświeckie. Natomiast nie lubię seksu w książkach dla młodzieży. Wiem, takie czasy. Ale czasy są jak ludzie, a młodzieży trzeba propagowac dobre wzorce.

    OdpowiedzUsuń
  14. Te książki, które akurat wymieniasz, to new adult albo young adult, czyli dokładnie ten typ literatury, po który nie sięgam. Natomiast prawdziwe romanse czytam z wielką chęcią. Jane Austen na przykład - czyż nie tworzyła pięknych historii o wielkich uczuciach? Lubię także romanse historyczne, choć z prawdziwym romansem XIX wiecznym mają niewiele wspólnego, ale i tak je lubię. Klasycy także idealizowali bohaterów, a jeśli nie idealizowali, wyjaśniali ich pobudki, wywołując wiele rożnych emocji w odbiorcy. Ja do romansów nic nie mam, wręcz z lubością je czytam, ale mówię o tych prawdziwych, a nie o tych wymienionych w Twoim tekście - dzisiejszego gówna, które zalewa rynek książkowy.

    OdpowiedzUsuń
  15. Podejrzewam, że masz już przesyt romansów i dlatego ulubiony gatunek stał się zmorą. Poza tym, czytając mnóstwo romansów, wyrobiłaś sobie już porządnie swój gust i byle co Cię nie zachwyci - dowodem na to są bardzo rzeczowe argumenty, z którymi trudno mi się nie zgodzić. Tirindeth ma jednak rację - niestety książki new adult czy young adult są słaaabe i często oscylują albo wokół romansu albo mojego ukochanego fantasy (oj, jak mnie bolą wszystkie te "Eragony" i inne pierdoły!). I jeśli masz wysokie wymagania, to przy wyborze pozycji nie na Twoim poziomie intelektualnym czy emocjonalnym, po prostu zderzasz się ze ścianą.
    Ja romanse rzadko czytam (zwłaszcza te "coś tam adult"), ale po Jane Austen chętnie bym sięgnęła mimo że świat już nie wygląda tak, jak wtedy, gdy pisała swe powieści. Od 8 lat jestem z tym samym facetem i podobnie jak Ty, zdążyłam się już nauczyć, że życie nie wygląda tak, jak w książkach: moim zdaniem - na korzyść życia.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. A mi w zasadzie to wszystko nie przeszkadza. Przeciwnie, podoba mi się, ale tylko wtedy, gdy mam na romans ochotę. Rzadko się to zdarza, fakt, ale bywa. Nie szukam w nim realizmu, bo sięgam po niego, gdy mam dość życia i chce poczytać o czymś lekkim, słodkim i ogólnie cudownym. Idealizacja też mi nie przeszkadza, jakby nie patrzeć w początkowych fazach zakochania mamy tendencję do idealizowania partnera. A nawet jeśli to się przeciąga, to nie mam nic przeciwko. Bella Swan idealna nie była, ale czytanie o niej miłe nie było :P A szczęśliwe zakończenia lubię w ogóle. Niezależnie od gatunku.

    OdpowiedzUsuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.