„Zły Romeo” Leisa Rayven

Cassie była uroczą dziewczyną z wielkimi ambicjami. Piekielnie zdolny Ethan miał reputację złego chłopca. Zagrali Romeo i Julię – i zmieniło się wszystko. Wielka miłość, jak w dramacie Szekspira, była im pisana. Jednak „zły Romeo” złamał „Julii” serce...

Kilka lat później grają razem na Broadwayu. Gdy spotykają się na scenie, są zmuszeni do konfrontacji z własnymi emocjami. Ethan próbuje odzyskać zranioną Cassie, jednak oboje w niczym nie przypominają siebie sprzed lat...
Czy kiedy kurtyna opadnie, ujawnią, co tak naprawdę kryje się w ich sercach?

(źródło: otwarte.eu)

Uwielbiam powieści w typie Young Adult. Niejeden autor udowodnił, że młodzi ludzie nie zawsze bywają głupi, czy naiwni. Mają swoje, nie tak błahe problemy, spore doświadczenie, są dojrzali. Oczywiście w tego typu powieściach nigdy nie brakuje tego, co lubię najbardziej – czyli gorących, pasjonujących romansów. Zły Romeo miał intrygujący opis, ale niestety odrobinę odstraszający tytuł. Ostatecznie okazało się, że to właśnie tytuł jest jednym z większych atutów książki.


Kiedy staje przede mną, zapominam, czym jest oddech.
 
Pierwsza część książki mną zawładnęła. Poznajemy Cassie, która chce dostać się do szkoły aktorskiej. Element aktorstwa jest zaskakująco ciekawy i na swój sposób pouczający. Wszystkie postaci (bardziej dwie, ale o tym potem) poznajemy tak naprawdę na scenie lub w jej obrębie. Leisa Rayven interesująco przedstawia emocje bohaterów za pośrednictwem właśnie aktorstwa, kładąc nacisk na różnicę pomiędzy graniem a udawaniem. Co więcej, autorka stawia jasną tezę. W dobie parcia na bycia kimś, kto koniecznie zmieni świat (sztampowym przykładem jest tutaj lekarz ratujący życie), ważne jest przede wszystkim bycie sobą. I tym, kim chce się być, a nie kimś, kto codziennie musi udawać. Mówi też o tym, że takie zajęcie jak aktorstwo jest równie ważne i przydatne jak każde inne. Wnioski autorki są naprawdę interesujące i mądre – pokazują, że nie ma czegoś takiego jak gorszy lub lepszy zawód.

Wątek odgrywania ról na scenie, testowania samego siebie i swoich granic jest naprawdę świetny i zdecydowanie najbardziej udany na tle całej powieści. Jednak oprócz niego na pierwszym planie są oczywiście bohaterowie – Ethan oraz Cassie. Autorka od samego początku daje nam jasno do zrozumienia, że ponury i raczej introwertyczny chłopak skrywa jakąś tajemnicę. Pierwsze spotkanie tej dwójki jest naprawdę wyjątkowe; nawet oni nie są jedynymi, którzy czują to coś. Zaczynają się poznawać, chociaż częściej niż rozmawiają – kłócą się lub przekomarzają. I do tego momentu jest dobrze. Im dalej, tym gorzej. I z fabułą, i z bohaterami...

Jeśli nie, trzymaj się neutralnych tematów: pogody, polityki, sportu, albo tego, jak bardzo chcesz poczuć go w sobie, twardego i nabrzmiałego. Nie, zaraz, poczekaj. – Marszczy brwi i wyciąga przed siebie palec. – O tym ostatnim zapomnij. Przecież już to wie. 

Leisa Rayven nie jest pierwszą, która postanowiła połączyć teraźniejszość z przeszłością. Jednak jest pierwszą, której się to nie udało. Co wydaje się dużym wyczynem, ponieważ wszelkie retrospekcje lub skoki wstecz w fabule zazwyczaj sprawiają, że powieść jest atrakcyjniejsza. Niestety, nie w tym przypadku. Na czym polega problem? Wydaje mi się, że na braku chronologii, swego rodzaju systematyczności. Dziesięć stron przeszłości, dwie strony teraźniejszości, trzy strony przeszłości, dwadzieścia teraźniejszości. Rzadko zdarza mi się gubić w powieści (zwłaszcza, jeśli czytam ją bez przerw), ale w przypadku tej kilkakrotnie traciłam orientację i nie wiedziałam, w jakim przedziale czasowym aktualnie jestem. Ogólnie rzecz biorąc, wypadło to niezwykle chaotycznie, momentami niezrozumiale.

Ciągłe przeskakiwanie w czasie nie utrudniał fakt, że wydarzenia z teraz a sześć lat wcześniej są bardzo, i to bardzo podobne do siebie. Na początku ten pomysł wydawał mi się świetny, ale im dłużej czytałam książkę, tym bardziej było to denerwujące. Co więcej, jeśli miałabym określić tę powieść jednym słowem – byłaby to właśnie powtarzalność. Zły Romeo wydawał mi się jednym wielkim kopiuj-wklej. Nie tylko fabuła, ale sami bohaterowie kręcą się ciągle w kółko, powtarzają jedne i te same zdania i dokonują tych samych decyzji – bez względu na to, ile lat mają. I to kolejny problem. Nie zauważyłam kompletnie żadnej zmiany w zachowaniu postaci przez te kilka lat. Ethan jest niby lepszy, ale dla mnie męczący, a Cassie tak samo infantylna, jęcząca i wciąż napalona (naprawdę, miałam już dość rozmyślań Cassie o penisie Ethana). Książka wcale nie jest krótka, a kiedy dochodzimy do połowy, mamy ochotę ją odłożyć. Nie dzieje się nic ekscytującego, wszystko wydaje się tak samo podobne i nużące. I niestety dzieje się tak aż do końca.

Zły Romeo to chyba pierwsza książka, w której miałam dość scen erotycznych. Naprawdę. Przy okazji pierwszych spotkań Ethana i Cassie, ich zbliżenia robiły wrażenie i czytało się je z wypiekami na twarzy. Niestety z czasem z tych wyjątkowych chwil uniesień dzieje się to samo co z fabułą. Bo ileż można puszczać jedną i tę samą płytę? Z tego powodu te sceny są jednocześnie najlepszym i najsłabszym ogniwem powieści. Odrębnie są świetnie i dobrze napisane, ale powtarzane w kółko tracą swój urok...

(...) dotarłam do drugiej bazy i z radością chwyciłam kij rozpierający mu przód spodni.

Największym rozczarowaniem jednak okazało się coś zupełnie innego. W tego typu powieściach mamy podobny schemat: główny bohater albo obiekt jego westchnień skrywa jakąś tajemnicę. Autorka przez całą książkę nas zbywa, kusi, podsyca pragnienie poznania prawdy, sprawia, że dosłownie cieknie nam ślina na samą myśl o słowie tajemnica. A potem przychodzi rozwiązanie... rozwiązanie tak błahe, proste i tak bardzo rozczarowujące, że czujemy się oszukani. Usprawiedliwienie dla zachowania Etha nie było dla mnie żadnym usprawiedliwieniem, a to sprawiło, że miałam jeszcze mniej sympatii w stosunku do niego. Nie pierwszy raz czytam powieść o związku o charakterze nieco destrukcyjnym. Jednak zachowanie tego chłopaka było dla mnie niedorzeczne i nie wiem, jak można taką osobę darzyć uczuciem. Nie wspominając już o tym, że liczyłam na jakieś bliższe poznanie się Cassie i pana gbura. Z czasem jednak straciłam w ogóle poczucie, że tę dwójkę łączy coś poza kłótniami i pożądaniem.

Na koniec tylko wspomnę, że styl autorki jest dobry i z takimi umiejętnościami można by było wykreować naprawdę niezłą historię miłosną. Tylko, że tworząc denerwujące główne postaci trudno im kibicować. Ethan ciągle zachowywał się jak dupek, a Cassie jak niezdecydowana, ciągle napalona trzynastolatka. Niestety poza niezwykle irytującymi głównymi postaciami, reszta... niby istnieje, ale ciągle zapominałam, że tak jest. Drugoplanowe postaci są raczej płasko zarysowane, a jeśli chodzi o rówieśników Ethana i Cassie... no cóż. Autorka poszła na łatwiznę i przedstawiła ich jako typową, jakże buntowniczą szkolną młodzież. Jak tacy młodzi ludzie rozmawiają i o czym myślą? To możecie zobaczyć w niektórych cytatach pomiędzy akapitami recenzji. Jedne brzmią naprawdę śmiesznie (część z nich pochodzi z teraz a część z sześć lat wcześniej). Ach, nie mogło zabraknąć zawsze obecnego najlepszego przyjaciela geja! Tło w tym przypadku wyszło niezwykle sztampowo. Tytuł, który na pierwszy rzut oka kojarzy się cukierkowo i niezbyt pozytywnie, w odniesieniu do powieści nabiera większego znaczenia. I za to ogromny plus, bo kreatywne tytuły to to, co lubię.

Czemu musisz zawsze wszystko komplikować?

Nie będę ukrywać swojego rozczarowania. Zły Romeo uwiódł mnie początkowo swoją wyjątkowością oraz iskierką pomiędzy bohaterami, po to, aby następnie aż do końca niszczyć to chaotycznością, monotonią i powtarzalnością. Bohaterowie, którzy denerwują infantylnością są trudni do polubienia. Ethan wykreowany jest na kogoś (?) zmierzłego, kiedy w moim odczuciu był zwyczajnie arogancki i chamski. Ciągle narzekająca, niezdecydowana Cassie doprowadzała mnie do szału swoimi głupawymi przemyśleniami. Humor, który początkowo mnie bawił, potem stał się ordynarny, a im dalej brnęłam w historię, tym bardziej nużyły mnie dialogi. Największym plusem książki jest motyw aktorstwa, grania nie tylko na scenie, ale i w życiu. Jednak co z tego, skoro przy tych wszystkich wadach ten element gdzieś ginie... Ostatecznie książka mnie wymęczyła i stanowczo stwierdzam, że nie mam zamiaru sięgać po kontynuację, której sensu i tak nie widzę.

4/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Otwarte

12 komentarzy:

  1. Ja już książkę kupiłam, wiec nie z tym nie zrobię. Niedawno miałam podobnie z książką Dręczyciel, wszyscy się zachwycali, a mnie rozczarowała do granic możliwości, właśnie, tak jak Ciebie tutaj, zbyt naciąganym wyjaśnieniem zachowania głównego bohatera. Przeczytam tę książkę i zobaczę, czy podzielę Twoje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam i pierwszy raz o niej słyszę. Fabuła od razu przyciąga, ale po twojej recenzji... Nie wiem, czy chcę byc rozczarowana.
    Pozdrawiam i zapraszam na nową recenzję :) http://polecam-goodbook.blogspot.com/2017/03/firstlife-pierwsze-zycie-recenzja.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę, planowałam to przeczytać, ale chyba wolę spożytkować czas na coś lepszego.

    OdpowiedzUsuń
  4. To książka zdecydowanie nie w moim typie, więc nawet nie brałam jej pod uwagę :) Z tego co widzę, nic jednak nie tracę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyznam szczerze, że mnie zaskoczyłaś. Wszędzie widzę ochy i achy jaka ta książka nie jest cudowna, a tutaj proszę. Patrząc na cytaty, które wybrałaś... jakoś do mnie to nie przemawia, a nawet odpycha. Uwielbiam romanse i w ogóle, ale coś podobnego... raczej sobie odpuszczę. Cieszę się, że natrafiłam na twoją recenzję ;)

    Pozdrawiam cieplutko i życzę zaczytanego kwietnia ^^
    Książki bez tajemnic

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałam już okazję poznać Twoją opinię o tej książce i hm... Powiem tak - całkowicie przeszła mi ochota na jej przeczytanie. Zresztą ostatnio coraz bardziej odrzucają mnie te new adultowe nowości z w kółko powtarzajacymi się schematami.

    OdpowiedzUsuń
  7. Och nie, myślałam, że będzie lepiej... ale może kiedyś sprawdzę ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Nienawidzę książek, w których jest aż tyle przeskoków pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Wystarczy chwila nieuwagi, a czytelnik zapomina, gdzie obecnie znajdują się bohaterowie. No chyba, że jest to jakoś sensownie pogrupowane i oznaczone. Nie raz mi się już zdarzało coś takiego podczas czytania książek. Po "Złego Romeo" raczej nie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie też rozczarowała, a czytałam jak tylko wyszła po angielsku. Myślę, że pomysł fajny, miał potencjał, ale źle wykorzystany przez autorkę.
    @Waniliowe Czytadła

    OdpowiedzUsuń
  10. Kurcze, a dzisiaj czytałam same pozytywy na temat tej książki i nabrałam na nią ochoty. Teraz sama już nie wiem. ;/

    OdpowiedzUsuń
  11. Jestem w trakcie książki i mam dosłownie kilka stron do końca. Nie ważne, że jestem już kilkaset stron od początku... i tak wciąż moje serce bije mocniej gdy tylko coś zaczyna się dziać. A retrospekcje są jak najbardziej trafne i właśnie dopasowane w czasie, trzeba mieć dobrą wyobraźnie, żeby umieć to wszystko połączyć w spójną całość. Zostało mi już tylko troszeczkę do końca, ale z cała pewnością stwierdzam.... KSIĄŻKA JAK NAJBARDZIEJ DO PRZECZYTANIA ! :D :D Polecam bardzo :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo ci dziękuje za Twoją recenzję. Długo zastanawiałam się nad tym, czy w końcu sięgnąć po tę książkę. Już teraz wiem, że nie warto. Czasami retrospekcje w książkach naprawdę mnie męczą, zdarza się, że przeskakuje kilka stron, bo chce w końcu wiedzieć, co dzieje się obecnie. Jak rozumiem w tej książce, ten zabieg jest jeszcze bardziej irytujący. Mnie z kolei ostatnio bardzo rozczarowała książka „Nic do stracenia Początek”, Moseley Kirsty. Autorka naprawdę się nie popisała. Książka jest fatalnie napisana. Jeżeli mówicie o tym, co jest realistyczne w książkach, zobaczcie, co się tutaj “wyrabia”. Zapraszam do mojej recenzji, która więcej wyjaśni: RECENZJA NIC DO STRACENIA. POCZĄTEK. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.