PRZEDPREMIEROWO: „Gdy mrok zapada” Jørn Lier Horst

Stavern 1983: Zbliża się Boże Narodzenie, z nieba sypie śnieg. Willia Wisting jest świeżo upieczonym tatą bliźniaków i jeszcze nieopierzonym, ambitnym posterunkowym. Podczas brutalnego napadu ląduje nagle w centrum dramatycznych wydarzeń, ale śledztwo przejmują od niego bardziej doświadczeni funkcjonariusze. Koleżeńska przysługa naprowadza go jednak na ślad innego przestępstwa. Zabójstwa nie tylko jak na razie niewyjaśnionego, ale najprawdopodobniej nawet nieodkrytego. W walącej się stodole stoi stare auto z dziurami po kulach. Wiele wskazuje na to, że jego kierowca nie uszedł ze strzelaniny z życiem. Ta sprawa ukształtuje Williama Wistinga jako policjanta i da mu wiedzę, która będzie mu już zawsze towarzyszyć na drodze kariery: Młodzi idą w przodków ślad.

(źródło: smakslowa.pl)

Niektórzy mówią, że trudno napisać jest obszerną powieść. Ja z kolei uważam, że stworzenie interesującego i dobrze napisanego opowiadania lub krótkiej książki jest trudniejsze. Przecież niełatwo jest lać wodę, rozpisywać się o byle czym i ciągnąć akcję na kilkaset stron. Jørn Lier Horst był mi dotychczas znany z tych dłuższych form literackich. Jak sprawdził się w przypadku zaledwie dwustu-stronicowej powieści?

Chciał szukać odpowiedzi.

No cóż, w moim odczuciu wyszło to średnio. Bardzo ciekawym było cofnąć się o kilkadziesiąt lat i oglądać Wistinga, jego żonę i dzieci w innej roli niż dotychczas. Co z tego, jeśli charakterystyka (nie tylko głównych) postaci jest praktycznie zerowa? Horst nigdy nie zachwycał mnie swoi stylem, ale nigdy też nie zaskakiwał aż taką prostotą. Młody Wisting nie różni się niczym od starszej wersji siebie. Nie ma żadnych informacji na temat jego wyglądu lub głębszych fragmentów poświęconych jego myślom. Wszystko tak naprawdę kręci się wokół śledztwa. Być może autor chciał oszczędzić czytelnikom rozterek postaci, które były zawsze obecne w poprzednich częściach? Niestety, poskutkowało to pozbawieniem bohaterów jakiejkolwiek osobowości, nie mówiąc już o wyjątkowości.

Kolejnym dużym zarzutem jest zupełny brak klimatu. Biorąc pod uwagę (jak zwykle  bardzo dobrą i ściśle związaną z treścią) okładkę, ale i opis oraz tytuł, spodziewałam się powieści ściśle powiązanej właśnie z klimatem śniegu lub Świąt. Niestety, obraz klimatu (o świętach nie wspominam – pojawia się o nich jedna wzmianka w całej książce) jest bliski zeru. Oczekiwałam, że atmosfera w książce dorówna tej wykreowanej w Bielszym odcieniu śmierci Bernarda Miniera. Byłam pewna, że ciężki śnieg, ciemność oraz zimno będzie towarzyszyć mi przez cały czas, niemal mnie przeszywać. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Gdzieś tam w tle padało, niby było trochę zimno... i nic więcej. W kwestii atmosfery autor poległ na całej linii. Byłam przekonana, że to zima będzie tutaj drugoplanowym bohaterem. A była zaledwie jego cieniem.

W kwestii samego śledztwa, zagadki nie mam raczej żadnych zastrzeżeń. Wątek kryminalny zdecydowanie bardziej podobał mi się w Szumowinach autora, ale mam świadomość, że na tak małej ilości stron trudno pomieścić skomplikowaną intrygę. Chociaż zdarzyło mi się takowe kryminały czytać. Powieść poniekąd odegrała rolę książki kryminalnej na jeden wieczór. Było trochę emocji, odrobinę dreszczyku, ciekawych rozwiązań. Interesującym było obserwowanie Wistinga oraz jego działania w momencie, kiedy jeszcze nie był śledczym. Na duży plus zasługuje cofnięcie się do przeszłości, momentami nawet o sto lat. Zawsze fascynowało mnie rozwiązywanie zbrodni, które zostały dokonane kilkadziesiąt lat wcześniej. Bardzo ciekawy wątek przeszłości, rozwiązanie w sumie zadowalające. Nic więcej.

Czuł, że to, co robi, ma sens.

Nie mogę ukryć, że czuję się rozczarowana, może nawet nieco oszukana. Spodziewałam się dominującej obecności zimy, jej obecnego mrozu, bieli... Autor czasem wspomina wprawdzie o padającym śniegu, ale liczyłam na bardziej realistyczne oddanie klimatu tej mroźnej pory roku. Stwierdzam, że autor zupełnie nie poradził sobie z tak krótką formą literacką. Poza samą zbrodnią w książce nic kompletnie się nie dzieje. Charakterystyka oraz wygląd Wistinga, jego żony, dzieci i wszystkich pozostałych bohaterów praktycznie nie istnieje. Autor z jakiegoś powodu zrezygnował z opisywania emocji postaci, ich obaw, zwykłych przemyśleń (oprócz tych związanych ze śledztwem). Niestety, przez to książka wydaje się płaska. Gdy mrok zapada spełnia funkcję opowiastki kryminalnej do przeczytania w jeden wieczór. Wydaje mi jednak się, że z umiejętnościami pisarza mogło to wyglądać zupełnie inaczej.

5/10

Kluczowy świadek | Zaginięcie Felicji | Gdy sztorm nadchodzi | Szumowiny | Poza sezonem | Psy gończe | Jaskiniowiec | Ślepy trop | Gdy mrok zapada

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Smak słowa

9 komentarzy:

  1. Ja wręcz kocham skandynawskich autorów, ale niestety z tym jakoś mi nie po drodze, sama nie wiem czemu :( Mam nadzieję, że w Nowym Roku przeczytam choć jedną jego książkę...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja lubię krótkie książki bardziej od tych opasłych tomiszczów? Dlaczego? Chyba głównie dlatego, że czytam wszędzie, tylko nie w domu, a nie lubię nosić że sobą tych grubasów, więc zazwyczaj urywam je gdzieś w połowie.

    czytajacpomiedzywersami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Książka właśnie przed chwilą dotarła do mnie. Jestem wielką fanką Horsta i zaskoczyła mnie Twoja recenzja. Czyżby to była pierwsza słabsza publikacja tego autora?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nazwałabym tej książki złej, raczej średnią. Ale biorąc pod uwagę moje oczekiwania względem niej... no to było kiepsko. Czekam na Twoją opinię :)

      Usuń
  4. Po Lackberg i Larssonie bardzo polubiłam skandynawskie kryminały, ale szkoda mi czasu na średnie książki :/ A skoro ta jest taka to... Sama rozumiesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie za bardzo tematyka przypada do mojego gustu. Jednak recenzja ciekawa, zresztą jak zawsze, przywykłam.
    Pozdrawiam serdecznie
    http://fuzja-recenzentow.blogspot.com/ [ZAPRASZAMY NA KONKURS]
    polecam-goodbook.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja jeszcze się nie spotkałam z prozą tego autora, ale mam w planach. Brat czyta Clue - czy jakoś tak się nazywa ta seria i mu się podoba, więc... mam nadzieję, że i ze mną najgorzej nie będzie. ;d

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeecież niełatwo jest lać wodę (...)
    Trochę Ci się "e" rozdwoiło. :P

    O, kolejna literówka.
    Być może autor chciał oszczędzić czytelnikom rozterek postaci, które były zawsze obecne w poprzednich częściał?

    No, a teraz już mogę spokojnie przejść do książki i powiedzieć, że... Nie znam autora, nie słyszałam o nim nigdy... Ale po Twojej recenzji nie sięgnę. Chociaż pewnie i tak bym nie sięgnęła, bo fanką literatury skandynawskiej nie jestem. :/

    Koneko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem dlaczego, ale przestała mi działać autokorekta w bloggerze :( Dziękuję i już poprawiam!

      Usuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.