„Maybe someday” Colleen Hoover

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać. Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…

(lubimczytac.pl)

Myślę, że każdy czytelnik albo czytał albo zwyczajnie kojarzy twórczość Colleen Hoover. Ja przeczytałam Hopeless tej autorki w sumie pod presją innych pozytywnych recenzji. Jak wiecie, książka bardzo mi się podobała. Dlatego najszybciej chciałam przeczytać Maybe someday. Ze względu na to, że przeczytałam dwie książki tej autorki, czasami będę je porównywać.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy to oczywista różnica pomiędzy Hopeless a Maybe someday. Pomimo moje dobrej końcowej oceny, Hopeless bywało momentami zbytnio przesłodzone i naiwne (sposób w jaki bohaterka zachwycała się gołą klatą chłopaka itp.), jednak w tej drugiej książce mamy coś zupełnie innego. Postaci w książce są już na studiach, mają dwadzieścia dwa, cztery i sześć lat. Niezmiernie z tego faktu się ucieszyłam, ponieważ zdecydowanie wolę czytać historie poświęcone ludziom dojrzałym bardziej niż ciągle podekscytowanymi albo smutnymi i płaczącymi nastolatkami.

Przytula mnie tak, jakbym była częścią niego - zranionym przedłużeniem jego serca - i jakby zdawał sobie sprawę, że to przedłużenie trzeba odciąć.

Maybe someday jest z całą pewnością bardziej dojrzalszą powieścią. Ucieszyłam się, że bohaterowie nie zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia i nie podniecali się swoim wyglądem co chwilę. Chociaż pojawiają się też tacy, którzy pomimo swojego wieku nie zachowują się jak pełnoprawni dorośli, ich zachowania nie są po prostu szczeniackie. Jeżeli chodzi o same stosunki pomiędzy Ridgem a Sydney (uwielbiam imiona w powieściach tej autorki!)... chyba nie tego się spodziewałam. Oczekiwałam romansu z krwi i kości, a otrzymałam coś zupełnie innego. Na całe szczęście, nie jest to w żadnym wypadku wada. Podobało mi się przedstawienie uczucia, które nie opierało się tylko i wyłącznie na cielesności, ale było skoncentrowane też na słowach i sferze bardziej psychicznej. Chciałabym napisać więcej, jednak boję się, czy nie zdradziłabym za wiele, więc musicie wierzyć mi na słowo.

Co więcej, odniosłam wrażenie, że również język oraz styl pisania Colleen Hoover jakby dojrzał i ewoluował w coś bardziej prestiżowego. Jak wspomniałam, nie ma tutaj słodkich słówek (chociaż te zabawne i romantyczne też się zdarzają), zbędnych opisów sylwetki chłopaka lub dziewczyny, czy też pompatycznych zdań, jakie miały miejsce na przykład w Kochając pana DanielsaMaybe someday obfituje we wszystkie elementy książki miłosnej, jednak sposób w jaki są przemyślane przez autorkę, nie tworzy z historii czegoś sztucznego tylko naprawdę ciekawego i wyjątkowego. 

Jedynym moim zastrzeżeniem jest tylko postać Sydney. Bardzo, i to bardzo przypominała mi Sky z Hopeless. Nie tyle z wyglądu, ale z samego sposobu myślenia i ich wyrażania. Uważam, że autorka powinna bardziej postarać się, jeśli chodzi o kreowanie postaci. Gdybym nie czytała jej poprzedniej książki, pewnie nawet bym tego nie zauważyła. Ach, i brakowało mi jeszcze trochę jakiś dodatkowych czynności, które wykonują bohaterowie poza... tym, co było w książce. Jakaś nauka, praca, może szczegółowe przedstawienie tego, co robili poza przebywaniem w swoim towarzystwie. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że wtedy książka byłaby chyba bardziej przegadana. 

Nie mogę nie wspomnieć o dość nietypowym zapisie samej historii. Chociaż Maybe someday jest powieścią fabularną, momentami odbiega od tradycyjnego przedstawienia fabuły. Bardzo często w książce występuje wymiana myśli poprzez sms-y, wiadomości na Facebooku, czy też zwyczajne zapisy na kartkach papieru. Nie chciałabym spoilerować, dlatego nie napiszę z jakiego powodu tak się dzieje, ale chyba wystarczy informacja o tym, że jest to zwyczajnie uzasadnione. I jak takowy sposób zupełnie nie przypadł mi do gustu w przypadku Love, Rosie, tutaj idealnie pasował do całej powieści. Wiadomości zapisane w taki sposób z całą pewnością nie dominują książki, chociaż zajmują bardzo dużo i są nieodłączną częścią całej historii. Jeśli przeczytacie, będziecie wiedzieli, o co chodzi.

Myślę, że w porównaniu do Hopeless, trochę mniej przeżywałam losy bohaterów. Nie jestem w stanie do końca powiedzieć, dlaczego tak się stało. Może przez to, że w Maybe someday mamy zdecydowanie mniej szokujących wydarzeń, a sama powieść jest bardziej stonowana. Nie zmienia to faktu, że ten tytuł jest znacznie bardziej dojrzały i pewnie wątek miłosny znajdzie więcej swoich zwolenników, niż młodzieńcze uczucie Sky i Holdera z Hopeless. Duże brawa należą się jednak autorce za postać Ridga, która skradła moje serce i chociaż momentami nie potrafiłam go zrozumieć, przywiązałam się bardzo do tego muzyka. Tym razem nie mamy idealnego chłopaka (chociaż przystojny jest, a jak - musi być!) i z całą pewnością to nie jego wygląd wzbudza u czytelnika sympatię. Reszta bohaterów też mi się podobała. Poświęcono im dość uwagi, ale nie na tyle, żeby zdominowali wydarzenia grające pierwsze skrzypce. Nic dodać, nic ująć.

Bardzo ciekawym zabiegiem, a być może raczej elementem, jest muzyka w książce. To ona połączyła tę dwójkę bohaterów, a sposób w jaki jest ukazana... myślę, że poruszy nawet najbardziej odporną osobę na melodię oraz dźwięki. Autorka, poprzez bohaterów oraz ich zamiłowanie do muzyki, przekazuje czytelnikowi wszystkie odczucia związane ze słuchaniem oraz tworzeniem. Pomimo tego, że to wszystko znajdowało się zapisane na stronach, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zawsze podczas czytania zawsze towarzyszyły mi dźwięki strun od gitary. Myślę, że idealnym przykładem dla podobnych wrażeń w trakcie lektury, będzie plastyczne przedstawienie malarstwa w Oddam ci słońce. Cieszę się, że ten rodzaj twórczości zajmuje tak wiele przestrzeni w książce.

(...) ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo dalej będą kochać.

Biorąc do ręki Maybe someday, byłam przekonana, że otrzymam bardzo dobrą książkę. Nie spodziewałam się jednak, że będzie aż tak wyjątkowa, chwytająca za serce i przede wszystkim nietypowa. Podobało mi się bardzo, że Colleen Hoover obrała w przypadku tego tytułu bardziej dojrzalszy kierunek. Główni bohaterowie nie tylko wzbudzają sympatię, ale też są niezwykle autentyczni i z całą pewnością wiarygodni. Maybe someday zrobiło na mnie wielkie wrażenie, pod względem samych opisów subiektywnych odczuć głównych bohaterów i aktów miłosnych. Nierzadko te drugie trwały kilka lub kilkanaście stron, ale były po prostu fenomenalne i chciałam, żeby nigdy się nie kończyły. Dodatkowo ciągle towarzysząca lekturze muzyka, jeszcze bardziej wpływa na zmysły oraz wyobraźnię.

Myślę, że tej książce powinny dać szanse nawet te osoby, które Hopeless rozczarowało. Mnie się książka niesamowicie podobała, zaskoczyła pod względem oryginalności (podziwiam autorkę za to, że potrafi tego dokonać w tym gatunku) i z całą pewnością pozostanie jedną z lepszych książek miłosnych, jakie czytałam. 

8/10

37 komentarzy:

  1. Pisz tyle, ile uważasz za słuszne. :) Robisz to w bardzo zajmujący sposób, więc długość nie ma większego znaczenia.

    Nie tylko Hoover ma kłopot z tym, że bohaterowie różnych książek są do siebie podobni. To samo jest z Murakamim, kiedyś mnie to irytowało, ale chyba niektórzy pisarze po prostu mają taki urok.

    Erna

    OdpowiedzUsuń
  2. "Maybe Someday" to rewelacyjna książka! Uwielbiam kreację bohaterów i historie i.. przez tą książkę zaczęłam zakochiwać się w twórczości Colleen Hoover mimo, że "Hopeless" nie zrobiło na mnie wrażenia.To chyba jedna z niewielu książek NA którą aż tak pokochałam <3 Teraz jestem naprawdę ciekawa innych książek tej autorki - czy będą tak cudowne jak "Maybe Someday" czy rozczarowujące jak "Hopeless" - tego mam nadzieję wkrótce się dowiedzieć :3
    Pozdrawiam serdecznie <3
    In Bookland

    OdpowiedzUsuń
  3. Colleen Hoover to jedna z moich ulubionych autorek. Jej książki są świetne.
    Co do długości recenzji, to mi absolutnie to nie przeszkadza. Nie ma sensu skracać na siłę, tym bardziej, że czyta się bardzo dobrze :)
    Pozdrawiam.

    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam Hopeless i bardzo lubię pióro Colleen Hoover, dlatego od pewnego czasy mam wielką ochotę na Maybe someday :>
    Pozdrawiam
    secretsofbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Książkę mam w planach.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też mam problem z długimi recenzjami. Czasami sama zastanawiam się nad tym, czy komuś w ogóle będzie się chciało tyle czytać. Co do "Maybe Someday" kocham tę książkę. Ta powieść stoi na podium wybrana spośród wielu tytułów, z którymi miałam okazję się zapoznać.

    Pozdrawiam - http://ktoczytaksiazki-zyjepodwojnie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Zainteresowała mnie.
    Nie zniechęca mnie to. Wręcz przeciwnie, podziwiam ludzi, którzy potrafią pisać długo i ciekawie, bo ja mam z tym problem.

    http://zaprzedanaduszyczka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. W takim razie, skoro Hopeless zdecydowanie mnie rozczarowało, chyba powinnam dać szansę Maybe someday, może w jakiś sposób odbuduje to moje zdanie o autorce - choć nie wiem, czy historia przypadnie mi do gustu. Zobaczymy. ;)

    medycy nie gęsi, też książki czytają!

    OdpowiedzUsuń
  9. O czyżbyś zmieniła wygląd? Bardzo ładnie ^-^
    A tak książkę czytałam i jest świetna!!! Wiem, że długo nie zapomnę tej powieści. Autorka nieźle grała moimi emocjami. I tak uważam że Ridge jest dupkiem bo na końcu chciał z nią być ale powiedział jej że jakby tamta do nie go wróciła to on by wolał tamtą :/ Ale cham.
    Ale ogólnie bardzo ciekawe i to połączenie jego głuchoty. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajnie piszesz ;) Potrafisz zachęcić człowieka ;D

    OdpowiedzUsuń
  11. Chyba się zgrałyśmy! :D
    Buziaki!
    BOOKBLOG

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie pytaj, jak to zrobiłam, bo sama nie wiem, ale wciąż nie przeczytałam żadnej książki Hoover. :-) Mimo że wielokrotnie miałam w planach, to jakoś podświadomie omijałam "Maybe Someday", czując, że jest to kolejna kalka New Adult - w sensie on wspaniały, bogaty, ona biedna i do bólu w nim zakochana. Po Twojej recenzji widzę jednak, że warto dać szansę tej książce. Przekonuje mnie to, że bohaterowie są nieco starsi, a ich uczucie dojrzewa powoli. Nie zakochują się w sobie naiwnie od pierwszego wejrzenia tylko ze względu na wygląd. Fajnie też, że wstawiane są smsy, maile i wpisy z FB. Akurat takie wstawki uważam za bardzo nowoczesne i uwielbiam je w powieściach. :-) A co do Twojego końcowego pytania - lubię czytać zarówno dłuższe, jak i krótsze recenzje. W przypadku moich ulubionych blogów, nie ma to większego znaczenia. :-))

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytałam dokładnie rok temu i cały czas uwielbiam :)
    Polecam czytając włączyć sobie, w odpowiednich momentach, soundtrack Griffina Petersona.
    O wiele ciekawiej się czyta (wystarczy wyobraźnia i jest się w tej historii),a poza tym można posłuchać całkiem dobrej muzyki.

    Pozdrawiam

    http://un-amante-de-los-libros.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Moim zdaniem jest okej jak piszesz, długo ale miło się czyta :)
    Ja mam spore zaległości w takich znanych perełkach, miałam zacząć czytać ,,Hopeless'', a teraz doszłam do wniosku, że ,,Maybe Someday'' będzie chyba lepsza na początek. Tzn. wydaję się bardziej wpadać w mój gust.
    Nie wiem kiedy ja te wszystkie książki przeczytam... moja lista książek do przeczytania jest bardzo długa... Ale zawsze znajdzie się chwilkę czasu na książki.
    pozeracz-ksiazekk.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. "Maybe Someday" to według mnie jak na razie najlepsza powieść Hoover wydana w Polsce. To wszystko rozwija się tak naturalnie, że nie ma się żadnych wątpliwości odnośnie tego, kto z kim powinien być. Jednak najważniejszym atutem tej książki jest oczywiście muzyka, sposób, w jaki została tu pokazana i do tego piosenki, których można posłuchać dzięki współpracy autorki z muzykiem, są one po prostu cudowne.

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
  16. Pięknie przestawiłaś wspaniałość tej książki. Mnie osobiście bardzo urzekła, chociaż pod koniec byłam okropnie wściekła (laptop --> szpital --> to co wydarzyło się później, you know what i mean) na Ridge'a i to, jak potraktował Sydney. Dodanie do tego muzyki było pomysłem wręcz idealnym i sama przed rozpoczęciem czytania, zgrałam playlistę na telefon i odsłuchiwałam odpowiednich piosenek w momencie, gdy pojawiały się w powieści - dodało to niewątpliwie magii.
    Ja właściwie podobieństwa Sky i Sydney nie widzę - oprócz imion rozpoczynających się na "S". ;P Za to Waren (podobnie jak postać Daniela w Losing hope czy Szukając Kopciuszka) po prostu złamała mi serce i skleiła na nowo. Hoover po raz kolejny pokazała, że potrafi kreować nie tylko głównych bohaterów, na których skupia się fabuła, ale też tych dalszych, drugoplanowych.
    Co do nie utrzymywania sztywnej formy, ja ostatnio wręcz poszukuję książek, gdzie mamy elementy czatów, e-maili itd., jakoś ostatnio mnie to wkręciło i bardzo mi się podobało, że w Maybe Someday również takie elementy są i nie przytłaczają nas zbytnio. To dodało historii uroku.
    A jedyne, co mi się w książce nie podobało, to tłumaczenia piosenek. Całość jest przetłumaczona świetnie, ale ten dodatek na końcu książki z tłumaczeniem jest zupełnie niepotrzebny, bo momentami polski przekład zbyt mocno odbiega od oryginału i przez to piosenki Syd i Ridge'a są takie... no, niefajnie.
    U mnie też niedługo pojawi się recenzja MB, bo zbieram się do niej od dłuuuugiego czasu, ale coś zebrać nie mogę. A Twoja recenzja bardzo mi się podobała i chyba po raz drugi sięgnę po książkę i zobaczymy, czy wywrze na mnie tak samo wielkie wrażenie jak za pierwszym razem. :3
    Pozdrawiam, Koneko

    recenzje-koneko.blogspot.com

    PS. Co do długości recenzji... Ja osobiście nie lubię czytać długich, bo nieco mnie nudzą, ale ta wyszła Ci idealnie, nie była ani za krótka, ani za długa, więc domyślam się, że to zależy od recenzowanej książki i tego, co o niej piszesz. Jeśli potrafisz zaciekawić, to czytelnicy dadzą radę czytać i dłuższe! :3

    OdpowiedzUsuń
  17. Wszyscy dookoła chwalą Hoover. Twoja recenzja opisująca jej książkę jest zajmujące i bardzo ciekawe, ale sparzyłam się na tej autorce przy Hopeless. Niby po Pułapce Uczuć zaczęłam ją tolerować, ale jak pomyśle o kolejnym spotkaniu to znów się boję (?). To nie za dobre słowo, ale nie wiem jak to inaczej napisać.
    Pozdrawiam!
    http://czytelniczemysli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  18. O, dzięki za recenzję. Właśnie zastanawiałam się nad zapoznaniem z twórczością Hoover, ale bałam się infantylności. Wydaje mi się, że ta książka powinna mi pasować, właśnie przez tą "dojrzałość' bohaterów.
    A co do długości recenzji - wiadomo, że czasami książka sprawia, że mamy ochotę napisać o niej więcej, a czasami nie bardzo wiadomo co można o pozycji powiedzieć. Pisz tyle, na ile się czujesz :)
    Pozdrawiam,
    http://magiel-kulturalny.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  19. Kolejna pozytywna recenzja tej książki. Mam ją w planach,

    OdpowiedzUsuń
  20. Ja nie czytałam jeszcze żadnej książki autorki, ale na półce czeka "Pułapka uczuć " :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Zaczęłam swoją przygodę z tą autorką właśnie od Maybe Someday i to dzięki tej książce pokochałam jej twórczość. Zdecydowanie muszę przeczytać inne jej powieści.
    Jeśli chodzi o długość recenzji, myślę, że taka jest idealna ;)
    Aleja Czytelnika

    OdpowiedzUsuń
  22. "Hopeless" bardzo mi się spodobało, więc i po "Maybe Someday" na pewno sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  23. Szczerze? Nie czytałam żadnej książki tej pani, ale może... może warto to zmienić? :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Nie czytałam żadnej powieści Hoover, ale nie mam zamiaru tego nadrabiać. Nie wiem dlaczego, ale chyba mam jakiejś uprzedzenia do tej autorki i jej dzieł. Chyba mi się wydaję że dostanę typowe romansidło. No nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
  25. Czytałam i byłam zachwycona!
    "Kiedy rozum mówi MOŻE KIEDYŚ, a serce krzyczy WŁAŚNIE TERAZ!" :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Hoover to moja mistrzyni new adult. Swienie oddaje emocje, pokazuje prawdziwe uczucia. Maybe solidny to moja ulubiona (jedna z wieku) książka.

    OdpowiedzUsuń
  27. Ja też jestem w gronie osób , którym się ta książka bardzo podobała:)

    OdpowiedzUsuń
  28. Mi Twoje długie recenzje pasują. Ostatnio sama się zastanawiałam czy swoich nie skracać i czy komuś będzie się chciało czytać moje długie elaboraty, hihhi. Nie czytałam niczego Hoover, może ta książka będzie pierwsza, bo wszyscy bardzo tą autorkę zachwalają
    ściskam :)
    Latające książki

    OdpowiedzUsuń
  29. Też już czytałam Hopeless i poluję na inne książki Hoover, bo mnie zachwyciła! :D

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie jesteś pierwszą osobą, która poleca tę książkę, ale nadal nie wiem, czy po nią sięgnąć, skoro i tak nie przepadam za romansami. Może kiedyś, jeśli ten gatunek bardziej mi podejdzie... ;)

    OdpowiedzUsuń
  31. To jedna z tych książek, których miałam przeczytać kilka stron i iść spać, a koniec końców zerwałam noc, bo nie mogłam się oderwać.. GENIALNA.

    OdpowiedzUsuń
  32. Uwielbiam tę książkę i czekam z niecierpliwością na kolejną część. WSPANIAŁA <3

    OdpowiedzUsuń
  33. Własnie ostatnio miałam czytać tę książkę. Teraz utwierdziłam się w fakcie, że muszę to zrobić jak najszybciej.

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie:*
    http://klaudiaczytarecenzuje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  34. Niestety, nadal nie jestem zapoznana z twórczością Hoover. ;-; Ale nadrobię to...! I chyba wolałabym zacząć własnie od Maybe someday niż od Hopeless. ;) Fabuła tejże książki jakoś bardziej mnie przekonuje. ^_^

    OdpowiedzUsuń
  35. Mnie absolutnie dłuższe recenzje nie przeszkadzają, sama lubię się rozpisywać, poza tym w tym ujawnia się też Twoja pasja do przedstawiania nam swoich opinii :) O Hoover huczy cały internet od kilku miesięcy. I chociaż bardzo, ale to bardzo jestem zainteresowana twórczości tej autorki, strasznie nie lubię, kiedy jakiś tytuł napiera na mnie ze wszystkich stron. Chętnie czytam recenzje i tak dalej, jednak wolę sięgnąć po daną książkę po pewnym czasie - co by zachować minimum obiektywizmu :) Ale "Maybe someday" przeczytam na pewno.
    Pozdrawiam,
    rude-pioro.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  36. Mi się bardzo ta książka podobała, chociaż też nie obyło się tutaj bez łzawych dramatów (czego nie tak nie lubię w powieściach tego typu!), to cała historia była ciekawa a bohaterowie interesujący :)

    Pozdrawiam,
    Jul

    http://bookhypeslayer.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Created by Agata for WioskaSzablonów. Technologia blogger.